Kolejny blog oparty na WordPressie

Wszyscy Swieci baluja :)

Kasia | 26 Luty 2010 | Brak komentarzy » | Kasia

Oj, inaczej niz w Polsce, zupelnie inaczej sie tu w naszej Boliwii Wszystkich Swietych obchodzi! Zupelnie inna atmosfera, oryginalne zwyczaje, jednym slowem dwa bardzo ciekawe dni.

Otoz 1-szego listopada Boliwijczycy nie ida na cmentarz, jeszcze porzadkuja groby i przygotowuja sie do swietowania dugiego dnia. Robia tez zakupy. Od jakiegoś czasu w Tupizie jest specjalna uliczka, na ktorej rozstawione sa kramiki z cmentarnymi akcesoriami. Wience z kolorowej folii (w wiekszosci wygladajace bardzo tandetnie) oraz cmentarne slodycze: krzyze do lizania, drabiny z transkrypcja INRI lub QEPD (Niech Spoczywa w Pokoju), dzieci o demonicznym wygladzie i cukrowe trumny. Sprzedawane jest tez mnostwo pysznych ciasteczek zwanych masitas i chlebowe figurki zwane turcus. Mamy juz w kuchni trumny, krzyze i drabiny.

Wieczorem pierwszego listopada Boliwijczycy wychodza ze swoich domow. Na okreslenie tej tradycji chodzenia po domach uzywany jest specjalny czasownik turquear, pochodzacy od tzw. turcos, czyli chlebopodobnych figurek porozstawianych na “oltarzykach” przygotowanych w kazdym domu. Tak wiec sobie dziś poturqueowałyśmy :) . Po ulicach Tupizy chodzilo mnostwo grup z wypelnionymi slodyczami czarnymi torbami foliowymi, w takaz torbe zaopatrzylismy sie rowniez i my.

Continue Reading

A teraz…

Kasia | 26 Luty 2010 | Brak komentarzy » | Kasia

Wolontariusz wyczerpany pisaniem ksiazki jedzie na wakacje. Od 01.10.2009 do 06.10.2009. Pozdrowimy od Was wulkany, gejzery, kolorowe, zolte, niebieskie, biale i zielone jeziora, i sol na najwiekszym solnisku swiata!

PS. “Señorita! Prosze nam przywiezc 60 butelek wody z Salar de Uyuni, jojo z soli dla chlopcow, lalki z soli dla dziewczynek, i czolg z soli!”
“Niech pani nie jedzie!”
- rzekly dzieci nasze
mierzej i domi

Zdenerwowany wolontariusz (zeby nie rzec wsciekly!)

Kasia | 26 Luty 2010 | Brak komentarzy » | Kasia

Tak wlasnie bywa. Czasem cos czlowieka po prostu wkurzy, i musi o tym opowiedziec, zeby zrobilo mu sie lzej. Zatem jestem wkurzona!
Chodzi o Liliane, dziesiecioletnia dziewczynke z naszego domu, ktora nie umie czytac, pisac ani liczyc. A tak poza tym, to swietna radosna dziewczynka, ktora uwielbia skakac na skakance, jest zawsze chetna do pomocy i calkiem do rzeczy mozna z nia porozmawiac. Dzis po raz kolejny rozmawialam z siostra na jej temat, i potrzebuje teraz jakos odreagowac.
Liliane poznalam szybko po przyjezdzie, kiedy podeszlam do niej i probowalam pomoc w zadaniu z matematyki. Po krotkiej probie wyjasnienia obcemu jeszcze wtedy dziecku o co chodzi w mnozeniu w slupkach spostrzeglam, ze Liliana zupelnie nie zna liczb. Nie odroznia 35 od 53, 22 od 57, a pojecie dodawania i mnozenia to dla niej totalna abstrakcja. Od tego czasu tak sie przyjelo, ze zadanie z Liliana zawsze odrabiam ja (DOminika ma drugi podobny przypadek, dziewieceiletniej Kathy, ktora jednak ostatnio zostala przeniesiona do pierwsze3j klasy i ma o woele prostsze zadania). Co ciekawe, podczas naszych pierwszych przepraw Liliana wcale sie nie zniechecala, ale probowala caly czas pracowac. Cieszy ja, ze ktos zwraca uwage tylko na nia.
Potem dowiedzialam sie od siostry, ze oboje rodzice Liliany to alkoholicy, i bardzo prawdopodobne, ze jej problemy w nauce sa spowodowane zmianami w mozgu zwiazanymi z uzaleznieniem rodzicow. I ze byc moze ona po prostu nidgy nie bedzie mogla sie pewnych rzeczy nauczyc.

Continue Reading

Czas leci …

Dominika | 26 Luty 2010 | Brak komentarzy » | Dominika

Cwierc wieku za mna! choc tu przyszlo o 6 godzin pozniej niz w Polsce ;) ) ale juz tuz po polnocy polskiego czasu dostalam pierwsze zyczenia- od mamusi :) )) dzieki calej mojej kochanej rodzinie za zyczenia i modlitwe!! bardzo mocno czuje, ze jestescie tu ze mna i za to Wam dziekuje!!!

Rok temu nie spodziewalam sie, ze moje 25 urodziny spedze w Ameryce Poludniowej, a tydzien temu nie spodziewalam sie, ze spedze je w lozku… dwa dni wczesniej brzuch mnie zaczal bolec i pan doktor powiezdial, ze mam gastritis (bo Boliwijczycy jezda bardzo dluzo i tlusto, wiec moj nieprzyzwyczajony zoladek odmowil mi prawie dwoch miesiacach posluszenstwa).
Ledwo otworzylam oczy uslyszlam odspiewany ma moja czesc przez Kasie marsz zalobny. “cumpleanos feliz…” to tutejsza piosenka urodzinowa, ale nie wiedziec czemu dwa pierwsze jej wersy dzieci spiewaja tutaj niczym na pogrzebie. A zaraz potem zobaczylam kolo mojego lozka kilka kolorowych paczuszek i sliczna recznie wykonana karteczke – prezenty urodzinowe od Kasi. Nie lubie sie chwalic, wiec nie powiem, co bylo w srodku, ale tez byscie takie chcieli :) )
prawie caly dzien spedzilam w lozku… ale wynagrodzil to wieczor. Zeszlam na dol,gdzie w duzej sali dzieciaki choralnie odspiewaly mi polskie sto lat, potem ichniejsza piosenke pogrzebowa ;) ) po czym wreczyly laurki,jedna kolektywna stworzona przez wszystkich i kilka indywidualnych. Szczegolne wrazenie zrobila na mnie laurka Davida, wypieszczona jak sie tylko dalo z anioleczkami i kwiatuszkami z papieru i tekstem: “Wszystkiego najlepszego seniorita Dominika, niech Bog Pania blogoslawi, przygotowywalem ta kartke z wielkim , bo Pani jest moja najlepsza przyjaciolka, a poza tym, ze jest Pani nasza przyjaciolka pozycza nam pani duzo ksiazek, zebysmy sie nauczyli czytac. Dziekuje za wszystko!”.
zszokowalo mnie to tym bardziej, ze jakiegos bardzo bliskiego kontaktu z tym chlopakiem nigdy nie mialam, zawsze troche zamkniety, przytula i garnie sie do nas mniej niz reszta,a jak pytam ich przed sprawdzianem w szkole, to niemozliwoscia jest zmusic Davida, zeby chociaz na 2 minuty siadl z nami i sie pouczyl. Potem przyszla kolej na zyczenia, byliscie kiedys z okazji urodzin sciaskani przez 60 osob, kazda z osobna!?
no i wreszcie tort, a wlasciwie 2 torty bo jeden by nie starczyl, robiony siostre Sonie (zwana miedzy nami Nuestra Madre!), a tort byl pyszny!!

mimo moich problemow zoladkowych i nakazanej przez dr Cabeze diety, zjadlam malutki kawaleczek i zyje i mam sie dobrze :) ) Potem jeszcze krotka czesc artystyczna, troche tancow i fruuu, do lozek, bo “seniorita musi odpoczywac” :) ) Bedzie co wspominiac :)

Teraz troche o zajeciach. Nie sadzilam, ze kiedys dojdzie do tego, zebym musiala kogos uczyc informatyki, a jednak :) Jestesmy niemal niczym Kuba Wczelik w Zambii (pozdrawiamy!) :) Mamy tu dwa komputery z ktorych nikt nie korzysta bo prawie nikt nie wie jak, oprocz siostr i kilku starszych dziewczyn, ktore w zasadzie potrafia tylko muzyke wlaczyc, ew cos napisac, czy narysowac jak sie im pokaze jak i gdzie. Wiec zaczynamy od tego co to jest pulpit, do czego sluzy kosz czy folder, jak robi sie odstepy w tekscie i czym zmazac jesli sie pomyli. Co drugi dzien, na zmiane kazda z nas ma lekcje z 2 innymi dziewczynami. Troche mlodszym tez by sie przydalo, zeby choc raz wlaczyli komputer, ale poki harmonogram mamy zbyt napiety.

Uczymy tez angielskiego, wszystkie dzieciaki, od tych najmlodszych, a ostatanio s. Juana tez wyrazila chec uczestnictwa w zajeciach, co nas barzdo ucieszylo. “My name is…” niektorym sprawia nielada problem zrozumienie, ze inaczej sie czyta a inaczej pisze, ale niektorzy swietnie wszystko lapia i chca spiewac piosenki z “Titanica”.
Ja prowadze zajecia ze starszymi dzieciakami, a kasia z maluchami. Uczniowie Kasi zapytani, czy umieja juz cos po angielsku odpowiedzieli choralnie, ze tak, po czym zaczeli wykrzykiwac jakies dziwnie brzmiace zdania w quechua!Wiekszosc jest bardzo chetna i przejeta, przed pierwsza lekcja 7-letni Mario wybieglo z wielce przerazona mina, ze jest spozniony: “Ojej! gzdie to trzeba isc?!” – po co? – “Zeby sie uczyc angielskiego!”. Prowadzimy tez zajecia plastyczne, teatralne i cos na ksztalt dziennkikarskich.Tylko czemu doba nie jest dluzsza?!

Stałam dwa metry od Evo!

Kasia | 26 Luty 2010 | Brak komentarzy » | Kasia

Evo Morales, presidente de la República, przyjechal do Tupizy!
Tak, nasze male zagubione w gorach miasteczko odwiedzil we wlasnej osobie sam prezydent. Odbylo sie to z okazji przekazania Tupizie sprzetu rolniczego i otwarcia nowego mercado. Na placyku jakieo 200 metrów od naszego domu, przez który dzien w dzien kilkakrotnie przechodzimy odprowadzajac/przyprowadzajac dzieci do i ze szkoly i robiac wszelkie inne wyprawy, ustawiona by3a scena, a naprzeciwko niej grupa ludzi z transparentami popierajacymi pana prezydenta. Wracajac z kosciola, ludzi bylo o wiele wiecej, stala wojskowa orkiestra, a lolnierze kierowali wszystkich przechodzacych bokiem. W tle lecialy z glosnikow piesni wychwalajace ojczyzne, prezydenta i socjalizm: „Viva Bolivia, viva Evo”, „Los cambios aquí y ahora son cambios para manana, tus hijos verán los frutos, Bolivia cambia!” („zmiany dzis i teraz to zmiany na jutro, twoje dzieci zobacza owoce, Boliwia sie zmienia!”). Melodie jak u nas za komuny.

Continue Reading

Home sweet home!

Dominika | 26 Luty 2010 | Brak komentarzy » | Dominika

Znowu nasze kochane czerwone gory i nasze dzieciaki, ktore obskoczyly nas od razu po wyjsciu z samochodu!!! niby kilka dni, a ja juz zdazylam sie stesknic za nimi!!! bardzo chcialysmy zostac w Tarija zeby isc do oddalonego o 15 km sanktuarium w Chaguaya, bo od 15 sierpnia przez miesiac jest okres pielgrzymek maryjnych. Jednak zrezygnowalysmy z tego pomysku, Chaguaya odwiedzimy nastepnym razem, jak przyjedziemy po wizy, a zalezalo nam na tym, zeby w niedziele byc w domu. Wazny dzien – trojka naszych dzieci Fabiana, Dalma i Jhimmy przyjmuja chrzest. nasze maja 10 i 13 lat, ale sa tez inne jeszcze starsze. Cala ceremonia odbyla sie juz po mszy sw, potem obiadek i 2 torty :)

Po poludniu siostra puscila dzieciom film o ks. Bosco, a potem zrobilysmy konkurs. Poprzylepialysmy w roznych miejscach na polu kartki z pytaniami, ktorych mieli szukac, a potem pisac odpowiedzi, mlodsi mieli narysowac oratorium. Bardzo im sie spodobalo, bo mogli sobie wieczorem polatac po calym domu, az dziwne, ze siostry dopiero po jakis 20 minutach tej imprezy wyszly zobaczyc co sie dzieje :) )

Nie spodziewalysmy sie, ze na naszej pierwszej imprezie tanecznej w Boliwii bedziemy sie bawic w tak doborowym i wiekowym towarzystwie :) )) poszlysmy z siostra Roxana i kilkoma dziewczynkami do domu starcow, gdzie byla impreza. nasze dziewczyny, a takze chlopcy, chyba z jakiejs szkoly tanczyly dla mieszkancow domu, no a potem byl tort! No tak, mialam ochote na cos slodkiego po poludniu, ale nie spodziewalam sie, ze dostane ogromny talerz ciastek, tortu i nie wiem jeszcze czego! my polowe popakowalysmy do serwetek, ale babcie radzily sobie swietnie! No a potem jedna starsza pani poderwala nas i swoje kolezanki do tanca!! rewelacja! pozdrawiamy wszystkie babcie!!!

wprowadzamy nasze rzady! powoli, stopniowo, ale miejmy nadzieje skutecznie!

robimy akcje cala Tupiza czyta dzieciom! Biblioteczke jest tu owszem spora, ale klucz do niej ma jedna ze starszych dziewczyn i daje dzieciakom ksiazki tylko w dzien, najczesciej jak potrzebuja zrobic zadanie. Zwyczaju czytania wieczorem raczej nie ma. Dlatego, kiedy wyjelam jedna bajke, z nowych ksiazek, ktore siostra dala nam do opieczetowania i zaczelam maluchom czytac wieczorem wszyscy chcieli ja ogladac, nawet starsze dziewczyny. Teraz jest wiec faza na czytanie, w zwiazku z tym mamy zamiar zorganizowac regularnie dzialajaca biblioteczke :)

Zalozylysmy tez skrzynke, do ktorej dzieciaki moga wrzucac intencje, w jakich chcialyby sie pomodlic. Bedziemy je odczytywac w kazda sobote przed rozancem. Chcemy, zeby w ten sposob dzieci bardziej sie w ta modlitwe zaangazowaly, zeby byla dla nich czyms bardziej osobistym, a nie tylko wyrecytowaniem formulek dlatego, ze ktos im tak kazal.

Mamy jeszcze cala mase innych pomyslow, ktore bedziemy systematycznie wdrazac w zycie :) ) z kazdym dniem coraz bardziej wchodzimy w tutejszy rytm, choc nadal jest mnostwo rzeczy, ktore nas zadziwiaja, ale o tym innym razem… :)

d.

Piesn nad piesniami swinskiej grypie spiewajac

Kasia | 26 Luty 2010 | Brak komentarzy » | Kasia

Boliwijski patriotyzm to cos naprawde szczegolnego. Ciagle rysowanie ojcow narodu, symboli narodowych, zapamietywanie nazw departamentow, defilady… Wspominalysmy juz chyba kiedys, ze w Boliwii ludzie maja obsesje na punkcie piesni. U nas ciezko jest o znajomosc calego hymnu panstwowego, a tutaj jest cale mnostwo hymnow na czesc doslownie wszystkiego. Oczywiscie hymn narodowy, i do kompletu z nim piesn „Viva mi Patria Bolivia”, „Salve !Oh! Patria” to podstawy. Dalej hymn flagi oraz piesn „Tricolor” („Trojkolorowa”), hymn kazdego departamentu (taki rodzaj wojewodztwa), hymn kazdego miasta, hymny na czesc bohaterow narodowych i ojcow narodu, dla kazdego oddzielnie: Sucre, Bolívar, Murillo, Avaroa, don Andrés de Santa Cruz. Trzy piesni dotyczace batalionu Colorados (kolorowych).Kazdy patriotyczny spiewnik szkolny (juz sie wyposazyłysmy) zawiera tez hymn na czesc Matki, Nauczyciela, Pracy, młodziezy boliwijskiej („Canto a la Juventud Boliviana”) i boliwijskiego sportowca oraz hymn na czesc Indianina „Himno al Indio”. Jest takze piosenka „Mi escuelita” („Moja szkolka”) oraz hymn na czesc wiejskich szkol „Himno a las Escuelas Rurales”. Sa tez hymny ogolno amerykanskie „Melodías de América” (“Melodie Ameryki”), „Himno de las Américas” (“Hymn Ameryk”) i “Himno Panamericano” (“Hymn  Panamerykanski”). Ciekawostka jest piec piesni dotyczacych morza i jego odzyskania (Boliwia stracila dostep do morza podczas wojny z Chile): „Recuperemos Nuestro Mar” („Odzyskajmy Nasze Morze”), „Yo Quiero un Mar” („Ja chcę morze”), „Himno al Litoral (Marcha marítima)” („Hymn do wybrzeza”), „Antofagasta Boliviano”, „Marcha Naval” („Marsz Morski”).

Spiewaja dzieci, spiewaja dorosli.

Ale to dopiero jest jest numer! Wczoraj podeszla do mnie Genoveva, ze swoim sznurówkowym zeszytem do muzyki i pokazala mi ulozona przez jej nauczycielke, pania Rosemary Navarra (nazwisko pani zasluguje na wymienienie!), piesn o walce ze swinska grypa! Nauczylam sie juz dosyc powstrzymywac wybuchy smiechu zwiazane z tutejsza szkola i systemem edukacji, teraz tez mi sie udalo, acz z wielkim trudem. Sami przeczytajcie: (tlumaczenie moje, potem oryginal) :

„Zwyciezymy grype AH1N1”

Jest taka choroba
Która zagraza naszemu zdrowiu
Wiec wszystkie dzieci i dorosli
Powinnismy o siebie dbac

Jesli czujesz sie zle
Musisz isc do szpitala
Zeby sie przebadac
I nie zarazac

Mydlo, woda i alkohol
Sa dzis nasza bronia (nasza bronia)
Zebysmy mogli walczyc (walczyc)
I w ten sposób wygrac (wygrac) z ta choroba        -bis

Tak! Zwyciezymy ja!

wersja oryginalna:

„Venceremos a la gripe AH1N1”

Hay una enfermedad
Que amenaza nuestra salud
Pero todos los ninos y los mayores
Todos debemos cuidarnos

Si tu sientes malestar
Debes ir al hospital
Para así consultar
Y no contagiar

El jabón, el agua y el alcohol
Son nuestras armas hoy (nuestras armas)
Para poder luchar (luchar)
Y así ganar (ganar) a esta enfermedad       -bis

!Si! La vamos a ganar!

Buahaha! Ja nie moge! A, gwoli wyjasnienia, ten alkohol w trzeciej zwrotce to taki srodek do odkazania rak, którym dzieciom psikaja rece w szkole.
Rewelacyjna piosenka, prawda?

mierzej

Ktos odchodzi, ktos przychodzi…

Kasia | 26 Luty 2010 | Brak komentarzy » | Kasia

Ostatnio jeszcze pisalam o naszym nadpobudliwym Misaelu,  a teraz juz go nie ma. W piatkowy poranek spakowano jego rzeczy i ze sporym plecakiem poszedl do nowego domu. Na predce go zlapalam, szybko uscisnelam i wcisnelam w reke wczesniej przygotowana mala paczuszke z naszymi wspolnymi zdjeciami, ktora on bez ogladania schowal do kurtki. I pewnie sie juz nie dowiem, co sie z nim bedzie dzialo. W domu juz brakuje jego usmiechu i ciaglego “Senorita! Hay que jugar! Omademansi o picachu?!” (“Zagrajmy! W omademansi czy w picachu?”).

Podobno ksiadz Bosco wysylajac swoich salezjanow na misje, ze za kazdego jednego ktory wyjedzie Pan Bog przysle dwoch kolejnych.
No i nam tez przyslal…
Wieczorem w trakcie kolacji przybyla az czworka nowych maluchow, o bardzo charakterystycznych indianskich rysach. Dwoch chlopcow, czteroletni Efraim (to imie mnie zachwyca!), o rok starszy od niego Victor, oraz ich siostry, siedmioletnia Jhobana i dziewięcioletnia Roxana. Dlaczego do nas trafili? Bo ich ojciec po pijanemu zabil matke. Sprawa, o ktorej od jakiegos czasu duzo mowilo sie w tutejszej telewizji. Miala tez przyjsc ich starsza jedenastoletnia siostra, ale jacys krewni zdecydowali sie wziac ja do siebie (w Polsce wiekszosc ludzi pewnie w takiej sytuacji zajelaby sie najmlodszym dzieckiem). Najmniejszy Efraim niemilosiernie caly czas plakal, nie sposob bylo go uspokoic, polozony do lozka z bratem dalej nie przestawal, mimo ciaglego glaskania po glowie i prob uspokojenia go szeptem, cisza nastala dopiero wtedy, gdy calkowicie padl ze zmeczenia.
W dzien zadne z nich juz nie plakalo, ale wszystkie sa bardzo ciche. Jedynym efektem mojej proby nawiazania kontaktu z Victorem bylo pokazanie mi na palcach ile ma lat on i jego brat, a od dziewczynek dowiedziałam sie jak mają na imię.

Kilka scenek rodzajowych:

Senorita jest mama senority Dominiki? – Jhannet
I taz sama Jhannet wracajac z przedszkola obserwowala moje male zadrapanie na palcu i skarzyla sie porownujac je ze swoim, rownie malym: “Pania nie boli, bo pani jest z innego kraju!”

Maly Abelek pytal o napisane przez nich po hiszpansku teksty, ktore chcemy wykorzytac do naszej ksiazeczki o dzieciakach:
- No ale jak te dzieci w Polsce to przeczytaja, skoro nie znaja hiszpanskiego?
- Przetlumaczymy to.
- Tak? Przetlumacza to panie na ten swoj angielski?

Zeszlej niedzieli podczas mszy swietej, w trakcie calego kazania, maly Mario prowadzil szczeglowa analize mojej dloni, obracajac ja na wszelkie sposoby, skrzetnie liczac wszystkie nierownosci i dokladnie porownujac ja ze swoja.

A siki krowy to jest jej mleko, tak, senorita? – Carla

Nasz szpital na peryferiach juz sie skonczyl, wszyscy zyja. Ja jeszcze walcze z zatkanym nosem, niektorzy kaszla, ale wiekszosc jest na nogach. Tylko po leki wciaz ustawia sie dluuuga kolejka:)

mierzej

PS. Tak, szpital sie niby skonczyl, tylko ja z powodu goraczki dostalam zastrzyk z potrojna dawka penicyliny, przez co tego posta w moim zastepstwie wkleja Dominika…

Od Annasza do Kajfasza, czyli jak zostac zakonnica w Boliwii…

Kasia | 26 Luty 2010 | Brak komentarzy » | Kasia

Myslalysmy, ze pojdzie latwo. Pojedziemy do Tarija (miasto oddalone od naszej Tupizy o jedyne 250 kilometrow, ale ze droga prowadzi caly czas przez gory tudziz przez koryto rzeki i asfaltu nie uswiadczysz to podroz samochodem trwa 7 godzin), pojdziemy z siostra Beyzyma do Migraciones (tam, gdzie zalatwia sie wizy), zostawimy paszporty i list od biskupa i bêdziemy siê martwic, ze trzeba az tydzien czekac.
A tu okazalo sie, ze… po pierwsze powinnysmy juz do Boliwii wjechac z miesieczna wiza tzw. „konkretnego celu”. I kij z tym, ze dawno temu z Polski dzwonilam, zeby o to dopytac i siostre poinformowano, ze „nic nie trzeba”. Jednak trzeba. Dostalysmy cala dluuuuga liste dokumentow, z jakimi mamy sie stawic celem uzyskania wiz. Procz paszportów i listu od biskupa potwierdzajacego prace, potrzebne sa jeszcze: list polecajacy od biskupa, zaswiadczenie o niekaralnosci z boliwijskiej policji, zaswiadczenie o niekaralnosci z Interpolu, 5 zdjec na czerwonym tle, zaswiadczenie od lekarza, ze nie mamy chorob zakaznych, zaswiadczenie o miejscu zamieszkania, badanie potwierdzajace, ze nie mamy HIV ani AIDS…
W trakcie rozmowy z mila pania Luciana w maseczce z Migraciones jakos tak wyszlo, ze przyjechalysmy na misje, i ze mamy pracowac w domu dziecka, ze jestesmy katoliczkami, i tak jakos dosz³o do tego, ze jestesmy… zakonnicami… Ponoc wize dla katolickich zakonnikow zalatwia sie prosciej dzieki umowie panstwa z kosciolem, sa tez jakies znizki, a ze jakos tak samo wyszlo, jak pani spytala: „?Religiosas católicas?” siostra Benzyna odparla: „Tak, católicas”. No i wyszlysmy na zakonnice… Jakies czas potem nawet wyjelam z uszu kolczyki, zeby nie siac zgorszenia. Wersji zakonnej sie trzymamy.
Nasze calodzienne pielgrzymki wygladaly tak:
- z Migraciones do Interpolu (stamtad musza zwrocic sie do Polski o potwierdzenie naszej niekaralnosci, ale najpierw musza wyslac te prosbe do La Paz, i dopiero z La Paz pisza do Polski)
- z Interpolu na policje
-z policji do siedziby biskupa (po dwa listy napisane przez pania adwokat)
- z siedziby biskupa do fotografa zrobic zdjecia (2 na niebieskim tle i 5 na czerwonym)
- Po obiedzie do banku wymienic polowe pieniedzy
- z banku do domu
- z domu do centrum medycznego (niestety nie Damiana…, zeby kupic specjalny opieczetowany i oznaczony odciskiem naszego kciuka papier, na którym lekarz ma wystawic zaswiadczenie o stanie zdrowia, 50 bolivianos za sztuke, trzeba bedzie wrocic znowu go opieczetowac jak juz bedzie wypelniony)
- z centrum medycznego do fotografa (odebrac zdjecia)
- od fotografa na policje (odebrac zaswiadczenie o niekaralnosci w Boliwii i potwierdzenie miejsca zamieszkania)
- z policji do Interpolu (gdzie pan dlugo wypisywa³ wszelkie nasze dane jakie ma przeslac do La Paz, a pani odbijala kazdy palec kazdej naszej reki – w tym kazdy kciuk podwojnie)
- z Interpolu do parku Jana Paw³a II (to taki przerywnik, zdjecia na zjezdzalni w kszta³cie olbrzymiego dinozaura, na ogromnym kolorowym zolwiu i w wielkim bucie)

- z parku do pana doktora (to drugi lekarz jakiego poznalysmy w tym kraju… I kolejny totalny wariat… Bajzel w gabinecie ma niewyobrazalny, smierdzi tam papierosami, a on sam wygaduje ca³y czas straszne g³upoty. Zaswiadczenia wydal nie zbadawszy nas wcale, mruczac tylko pod nosem „HIV – wynik pozytywny, ciaza – wynik pozytywny”, i na szczescie nie pamietam co jeszcze…)
- i w koñcu na msze swieta, gdzie oczywiscie kolejny polski redemptorysta w Boliwii nie omieszkal nas glosno wobec wszystkich powitac oklaskami.
Wycieczki dnia nastepnego:
- z mszy swietej do SEDESu (piekne polskie slowo, sedes, nieprawdaz?), gdzie chcialysmy szybko zrobic badanie na HIV/AIDS. Ale najpierw trzeba by³o zaplacic za nie w kasie, co okazalo sie niemozliwe z powodu prowadzonego akurat zebrania pracownikow. Co chwile tylko ktos wychodzil i mowil, ze podejmuj¹ bardzo wa¿ne decyzje, i ¿e ahorita (za chwileczkê) koñcz¹. Taaa, czekalysmy prawie godzine. A o zebranie zza drzwi nie wygladalo szczegolnie powaznie, no i co to w ogóle za pomysl, zeby takie cos robic w godzinach pracy. Przy wejsciu do SEDESu widnieje napis „Chorych na grype AH1N1 nie przyjmujemy”, a w srodku, tam, gdzie oczekuja osoby robiace badania na HIV/AIDS wisi karteczka z informacja w jakie dni maja sie stawiac panie pracujace w dziedzinie seksualnej. Konkretnie: w poniedzialki te z barów karaoke i panie na telefon, we wtorec „z³ote dziewczyny” i stragas (cokolwiek by to nie znaczy³o), w œrodê dziewczyny z baru Caribe i Las Vegas, a w czwartek te z Sarao i La Sirena… Smutno by³o patrzeæ na te w³aœnie dziewczyny, które te¿ by³y na badaniach, dwie z nich z malymi dziecmi, a kilka naprawde mlodziutkich dziewczyn.
- z SEDESu do kliniki po podbicie zaswiadczenia od lekarza
- z kliniki do domu sióstr na szybkie sniadanie (bo do badania by³ysmy na czczo)
- ze sniadania do Interpolu po zaswiadczenia, ze wydawanie zaswiadczenia o niekaralnosci jest w toku
- z Interpolu do biskupstwa, po dwa zaswiadczenia, ¿e tu pracujemy i jestesmy wolontariuszkami
- z biskupstwa do Migraciones, gdzie czekalysmy ponad godzine na pania Luciane, ktora byla wyszla, a pan policjant mówil, ze nie wie dokad ani kiedy wroci. Jak sie potem okazalo pani Luciana prosila go, zeby nam powiedzial, zebymsy na nia nie czekaly tylko przyszly po poludniu, bo i tak nie ma innej pani, ktora przyjmuje oplaty i nic nie zalatwimy.

W koncu okazalo sie, ze skoro dopiero w poniedzialek bedziemy mialy wyniki badan na HIV/AIDS to papierow i tak nie bedziemy mogly teraz zlozyc, wiec wyglada na to, ze wrocimy dopiero jak przyjda tez dokumenty z Interpolu i wtedy mamy nadzieje pozalatwiac to do konca.

Pozdrawiamy, siostra Pitufa i siostra Mozarella!

Tupiza

Kasia | 26 Luty 2010 | Brak komentarzy » | Kasia

Od ponad tygodnia jakos powoli wdrazamy sie w zycie placowki, momentami mamy klopot z zalapaniem planu dnia, bo zdaje nam sie, ze troche brakuje mu konsekwencji, ale zrzucamy to na poczet roznic kulturowych, ktore mamy nadzieje powoli bedziemy zaczynac rozumiec tudziez po prostu przejdziemy nad nimi do porzadku dziennego. Wszelkie watpliwosci lagodza jednak nasze dzieciaki, z ktorych kazde ma w sobie cos wyjatkowego.

Joel

Mały niesmiały Joelito o wielkich oczach, prawie nic nie mówiący, z rzadka tylko podejdzie i chwyci bez słowa za reke albo połozy głowę na kolanach, pokazując w szerokim usmiechu swoje równiukie biale zabki.
Ostatnio patrzac swoimi ogromnymi oczami na ksiezyc powiedzial z podziwem: “To jest swiat!”
A wczoraj dopiero po jakims czasie zauwazyłam, ze chodze w całej osmarkanej przez niego bluzce, bo chyba trzykrotnie plakal próbujac zrobić zadanie domowe… Oj, cierpliwosci to przy nim trzeba.
I jak odrabiać z nim zadanie, nie tracąc z oczu całej reszty dzieci, które też potrzebuja pomocy?
I skad on wziął te oczy?

Jeannet

Co odpowiedziec szescioletniej Jeannet, gdy po wyjsciu z przedszkola stwierdza: “pani jest moja mama!” ?
Wczoraj poznalyśmy z Jeannet malego skrzacika (enanito), który mieszkal najpierw w mojej bluzie, a teraz przeprowadzil się do jej kaptura. Kiedy Jeannet miała zaspiewać piosenke, skonsultowała sie z naszym malym przyjacielem i zaczela: “Byl sobie maly skrzacik, ktorego mama bila, a potem bila go cala rodzina”. A rano ponoc skrzacik powiedzial jej na ucho, ze mama go bila, bo sie w nocy zmoczyl.

Misael

Dziewiecioletni Misael, ktory wyglada wg mnie na klasyczne ADHD, strasznie sie przykleja i wiesza na czlowieku, czasami zaczyna sam sie bardzo mocno uderzac po glowie swoja wlasna lub moja reka, okropnie sie w spina i niełatwo nad nim zapanowac, a widac, ze chlopak nie potrzebuje niczego wiecej jak tylko odrobiny uwagi. Tylko jak mu jej dac dostatecznie duzo, nie zaniedbujac przy tym innych, ktorzy az tak zaciekle nie walcza o zlapanie twojej reki, a potrzeby maja podobne? Misael to wogole ciezka sprawa, bo jest w domu tylko tymczasowo, w kazdej chwili moga go stad zabrac, zeby zamieszkal z kims z rodziny. Problem w tym, ze z tego co mowi siostra to ojciec zalozyl nowa rodzine i malego nie chce, nikt go wlasciwie nie chce.
Wczoraj Misael powiedzial: “chcialbym mieszkac w Polsce, bo tam bym sie uczyl, a tu moge byc tylko kucharzem”. Do szkoly zapisany nie jest, bo skoro ma stad odejsc, to ktos stwierdzil, ze nie warto, wiec przedpoludniami pomaga pani w kuchni. Ale gotuja razem rewelacyjnie:)

Malych spostrzezen tudziez dialogow kilka:

- Niech panie mówia tym swoim quechua!

- Dlaczego pani ma pryszcze?

- A czy w Polsce jest snieg?
- Tak.
- A przywiezie nam pani?
[Tutaj mimo wysokosci takie cuda nie docieraja]

- Jak senorita ma na nazwisko?
- Mierzejewska.
- To tak jak Bojanowski!

A wogóle to graliscie kiedys w pilke na 3000 metrow??? Masakra! Po pieciu minutach myslalam, ze zejde, i to nie tyle z boiska, co z tego swiata… Bardzo szybko sie zmeczylysmy, ale mamy nadzieje, ze jednak nasze organizmy sie przyzwyczaja. Nie dziw, ze Argentyna przegrywa z Boliwia spora roznica bramek w meczach wyjazdowych!

No i slonce… MAmy tu taka mala swiatloterapie, bo jest niesamowicie jasne, i strasznie mocno na tej wysokosci pali. W okularach przeciwslonecznych dopiero swiat wyglada normalnie, a bez chustki na glowie lepiej nie wychodzic. I krem z najwyzszym filtrem z samego rana na twarz.Szanowne sloneczko utrudnia nam mocno dawanie upustu instynktowi paparazzi, bo zdjecia  wychodza przeswietlone, cienie bardzo ciemne, a my blade jak jakies zjawy. Ale damy rade:)

Z innej beczki: w naszej kuchni na jednej patelni znalazlysmy trupa gigantycznego karalucha, ulaozonego jakby byl gotowy do trumny (chyba jakas ofiara wojny, bo brakuje mu kawalka nogi). W ciąz spoczywa w kuchni (nie zgadzamy sie, ze by spoczywal w pokoju), czekajac, az zrobie mu zdjecie w swietle dziennym.

I co do swinskiej grypy: w Cochabamba podczas mszy swietej wyeliminowano “przekazcuie sobie znak pokoju” (nawet podczas mszy swietej naktorej nie ma prawie nikogo procz siostr), a komunia dawana jest tylko na reke. Przesadzaja.

Z krainy mocnego palacego slonca goracymi popoludniami i lodu na chodniku o poranku, pozdrowienia slemy!

mierzej

PS. Kuba, twoje chustki sa cudowne na tutejsza pogode!!! Rano na szyję, chroni przed mrozem, a potem na głowę, na ratunek przed palącym słońcem :)